Furi - recenzja - PolskiLive - Społeczność Xbox

Furi – recenzja


Blog

Niektóre gry nie mają bossów w ogóle, inne chełpią się tym, że starcia z nimi wgniatają w ziemię (Dark Souls), a – jak się okazuje – są też takie, które składają się wyłącznie z walk z nimi. Tego typu grą jest właśnie Furi.

Furi to mierny symulator chodzenia i gra z przyszywaną fabułą, ale z drugiej strony – satysfakcjonujący hack’n’slash z rasteryzowaną stylistyką graficzną „retro” okraszony wyśmienitą ścieżką dźwiękową.

Produkcja francuskiego studia The Game Bakers właśnie ukazała się na Xbox One i jest to edycja trochę bardziej rozbudowana niż ta pierwotnie wydana na PS4 i PC w lipcu. Developerzy podszlifowali aspekt techniczny i dorzucili dodatkową walkę z bossem.

Furi to z grubsza gra typu hack’n’slash z elementami twin-stick shootera. Przez całą grę zmagamy się jedynie z bossami, ale nie są to gigantyczne kolosy, lecz postaci odznaczające się ogromną zwinnością i przebiegłością. My także w tych aspektach im nie ustępujemy.

W międzyczasie poznajemy skrawki fabuły, która w żaden sposób nie jest angażująca ani stymulująca, ale też absolutnie nie stara się mieć pretensji. Sposób narracji ma jednak swój enigmatyczny „charakterek”. Podczas gdy my bierzemy udział w symulacji chodzenia (całe szczęście można nacisnąć przycisk „autopilota”) i podziwiamy widoki, tajemniczy koleś z maską królika opowiada nam o przeszłości – naszej i naszych adwersarzy.

Furi to generalnie krótka gra – na jeden, góra dwa wieczory. Wszystko jednak zależy od wybranego poziomu trudności bo domyślnie Furi jest skurwysyńsko trudne.

Walki z antagonistami są bardzo dynamiczne i – jak na grę oddającą hołd stylowi ‚arcade’ – wielofazowe. Bardzo ważny jest timing a praktycznie każdy boss wymaga odkrycia jakiegoś czułego punktu – przy czym sposób ich zachowania zmienia się w obrębie jednej i tej samej walki dość drastycznie.

Nie ma tutaj jednak żadnej ezoteryki i jakichś sekretnych sposobów rozpracowywania wrogów. To nie Dark Souls – Furi jest naprawdę szybkie i skillowe. Po prostu trzeba używać wszelkich możliwych zagrywek i na wszystko znaleźć odpowiednią kontrę. Do wszystkiego można naturalnie dojść metodą eliminacji nieskutecznych metod, w zasadzie jeśli gdzieś utkniemy, to raczej przez własne zapomnienie o posiadaniu danej umiejętności.

Generalnie każde starcie to połączenie elementów strzelanych, szybkich teleportów, a także segmentów w zwarciu – do których dochodzi już w ostatnim stadium walki. Te momenty najczęściej polegają na odpowiednio szybkim odczytaniu zamarkowanych przez ułamek sekundy intencji, błyskawicznym uniku bądź sparowaniu ciosu i kontrze bądź ataku, który wciśnie się pomiędzy zakolejkowane sekwencje przeciwnika.

Często też należy unikać wrogich pocisków, czy fal energetycznych, ale i niejednokrotnie my będziemy musieli, oprócz ciachania mieczem, strzelać (fenomenalny patent z użyciem prawej gałki). Nierzadko pewne etapy potyczek będą przypominały grę w „kotka i myszkę” z wykorzystaniem dynamicznie pojawiających się i znikających przeszkód.

Pojedynki w Furi są widowiskowe, nie tylko ze względu na aspekt grywalnościowy, lecz także oprawę audio-wizualną. Impet walk ma coś w sobie z japońskich anime, ale akcentuje go bardzo neonowa, retro-stylistyka, której blisko też duchem do Blood Dragona, Trona czy Another World. Choreografię starć mocno uwypukla także fenomenalna ścieżka dźwiękowa. Słyszycie to od kogoś, kto jest absolutnym muzycznym hipsterem i nieczęsto chwali muzykę w grach. OST potęguje spektakularność walk oraz ich hiperkinetyczny charakter – świetnie wkomponowują się w to, co dzieje się na ekranie. Syntezatorowe, pulsujące rytmy wraz z epickim pogłosem, niekiedy nostalgiczne fale elektronicznych tekstur oraz elementy techno stanowią naturalne dopełnienie orgiastycznie neonowej oprawy wizualnej.

Furi to dość intrygujący tytuł, chociaż ze względu na niezwykle wyśrubowany próg wejścia – nie dla każdego. Gra posiada trzy poziomy trudności i by oszczędzić sobie nerwów, przechodziłem go na tym najłatwiejszym. Nie otrzymujemy jednak wtedy żadnych osiągnięć. Z kolei gdy ukończymy Furi na domyślnym ustawieniu, odblokowujemy dwa dodatkowe tryby rozgrywki.

Furi kosztuje 69,99 zł i nie jest to bardzo wygórowana cena – nie jestem tak naprawdę fanem wielokrotnego przechodzenia gier, ale wydaje mi się, że nawet jeśli porzucicie Furi po jednokrotnym ukończeniu i nie będziecie do końca zadowoleni, to chyba ten wydatek nie zaboli was tak mocno.

Furi polecałbym osobom uwielbiającym retro-stylistykę, ze słabością do epickich walk w stylu anime oraz lubujących się w wyzwaniach. Jest to gra z dosyć skrajnym podejściem, ale – nawet w przebogatym świecie gier indie – dosyć świeża.

Podziel się wpisem!

Jakub Krawczyński

Gra od 1991. Niegdyś ogromny entuzjasta marki PlayStation, zaliczył swego czasu sporą rozłąkę z konsolami i w 2008 spróbował ponownie, tym razem z Xboksem 360. I czy uwierzylibyście, że zaczął od Alone "I'm the fucking universe" in the Dark? Miał kryzys i myślał, że nie będzie w stanie czerpać funu z grania, ani być w stanie grać na padzie. 8 lat później i +70k achievementów dalej - nadal gra. Trochę liznął muzycznej awangardy, dziwnej literatury, filmów i sztuk wizualnych i teraz hipsterzy o grach (bo mu się synteza zamarzyła), używając słów, które oprócz Kopalińskiego #nikogo. Ekfraza, serio?

Obserwuj autora: